Ortega to poznana zagadka – choć tyle osób uwielbia ich twórczość, wcześniej nikt nie mógł w pełni poczuć jej mocy. Ortega to klimat – spontaniczne wersy nałożone na bity o wyjątkowym, domowym wręcz brzmieniu. Ortega to też poniekąd żywa legenda – przez te siedem lat Patr00 i Piter wnieśli do hip-hopowej kultury więcej niż niejeden artysta, a nawet jeśli ktoś ma na ten temat inne zdanie pewnym jest, że legendą pozostanie chociażby data 16 grudnia 2011. Wieczór, a właściwie środek nocy, podczas której warszawski klub Palladium wypełnił się blisko dwoma tysiącami lavoholików, pokazał jedno – i, pozwólcie mi zacytować – „ludzie, nie ma rapu bez emocji!”.ďťż
(Dalszy ciąg tekstu pod grafiką)
Wcześniej – bo jakieś kilka miesięcy temu – koło całej tej Lavoholicznej akcji przechodziłam bez większego zainteresowania. Dopiero wraz z kolejnymi, ujawniającymi się stopniowo informacjami, w głowie zaczęła mi się tworzyć dosyć poukładana wizja wydarzenia, które może narobić sporo szumu. W momencie, kiedy wraz z Utim (3xTAK) otrzymaliśmy pozytywną odpowiedź od organizatorów koncertu (dziękujemy za wszystko!) oboje już wiedzieliśmy, że to będzie naprawdę coś. Nie pomyliliśmy się – ani trochę.

Choć w godzinach wieczornych w Warszawie zaczął padać deszcz, kolejka przed wejściem do klubu wciąż się powiększała, zaś do środka napływały kolejne setki młodych ludzi. Według nieoficjalnych źródeł łącznie było ich około dwóch tysięcy; spróbujcie więc wyobrazić sobie jak donośny krzyk zrodził się poprzez skandowanie „Ortega, Ortega!” w momencie, gdy otworzyły się drzwi go głównej sali. Od samego początku zaczęło się przepychanie, każdy chciał stanąć jak najbliżej barierek, dzięki czemu co niektórzy – zwłaszcza męska część publiki – na co nieco mogli sobie popatrzeć, bo jak wiadomo, sposoby – praktykowane zwłaszcza przez tym razem żeńską część – są różne :)

Planowo koncert miał rozpocząć się wraz z godziną 22:30, jednak z przyczyn być może domyślnych, aczkolwiek – nieznanych, artyści weszli na scenę mniej więcej trzydzieści minut przed północą.
*edit: wszyscy huczą, więc i ja wyjaśnię – ďťżspóźnienie wywołane było niemalejącą wówczas kolejką ludzi przed klubem, będącą zresztą następswtem sprzedaży większej od wcześniejszego nakładu puli biletów.
W tym momencie zaczyna się część w zdefiniowaniu i opisaniu najtrudniejsza, bo na scenie działo się dosłownie wszystko. Jeszcze przed koncertem Mielzky opowiadał mi jak wiele czasu upłynęło im na próbach, a zestresowany choć jednocześnie palący się do występu Patr00 cieszył się, że wreszcie nadszedł dzień pierwszego razu z tłumem. Mimo tego wcześniejszego „wglądu” na sprawę, w życiu nie spodziewałabym się, że to co zobaczę będzie w stanie zburzyć wszystkie wcześniejsze wyobrażenia o idealnym koncercie. Taki właśnie był.

Przez pierwsze niespełna dwie godziny, grane były wszystkie najbardziej charakterystyczne dla występujących artystów kawałki – pogodne „Miami Vice”, klasyczne „To Historia” czy czilujące „Lavoholics” z – jak się okazało – niezawodnym i niesamowicie żywiołowym Frankiem Nino. Wspierany „Bezwarunkowo oddanym” Spinachem, szalejący na scenie Proceente „przedostawał się do płuc”. Wspólnie z Reno wszyscy przeżywali „Dobre czasy”, wyznając razem „Rap” z Mielzkym. Niemniej ludzi przekonało również „Come Saturday's Night” oraz „This is for my boys” w wykonaniu Jesse'go Maxwell'a z The Jonesz, jak i tracki Karmy czy Lilu i Emili, przygotowujących się do trasy promującej wspólny projekt EmilyRose (płyta na wiosnę).
Mistrzowskim punktem była oczywiście chwila, w której z głośników zaczął wypływać bit z „Nie ma emocji nie ma rapu”, a Lavoholicy polecieli ze swoimi zwrotkami. Równie potężny dreszcz przeszedł po mnie kiedy przyszła kolej na „Musisz klaskać”. Mimo, że wcześniej nie przepadałam za tym kawałkiem, bijąca od chłopaków energia połączona z dwoma tysiącami klaskających w górze rąk w rytm tracku całkowicie zmieniła moje zdanie.

Wydawać by się mogło, że po półtoragodzinnym, trwającym bez przerwy (wszyscy artyści cały czas byli aktywni, co było charakterystyczną i jakże wyjątkową cechą koncertu, bo niestety – na innych nie da się tego zaobserwować), muzycznym spektaklu nadchodził jego koniec. Tupiąc nogami – co swoją drogą zrobiło dobry efekt – zgromadzeni zaczęli domagać się bisów i nieźle się zdziwili, kiedy zamiast trzech czy czterech tracków otrzymali ponowny wykon tych samych co wcześniej kawałków jednak z... livebandem, odsłoniętym przez tylną kurtynę. Definitywnie ta część powaliła z nóg (niektórych nawet dosłownie) i była idealnym rozwiązaniem. Właśnie końcowe sceniczne wydarzenia pokazały całą moc zarówno Ortegi jak i reszty artystów i nie ma sensu mówienie, że Pitera i Patr00 nie było widać, tu chodzi o rodzinę.
Zapewniam, że nie będąc na tym koncercie nie można w stu procentach odebrać tego, co do zawierały Lavorama i wcześniejsze albumy. Zapewniam, że ten koncert może być nawet wydarzeniem roku, które zapadając w pamięci i zielonych sercach na długo, zapisuje się też do historii. Zapewniam, że było warto i ci, których tam nie było – mają czego żałować.
Poniżej mała fotorelacja. Zapraszam w imieniu swoim i Mateusza do słuchania audycji podsumowującej koncert w środę, 28.12. o godzinie 19:00, podczas której wyemitujemy również wywiady z Patr00, Spinachem, Proceente i Mielkzym.
ďťż


























ďťż